Pot, łzy i stare skarpety… Amber Chmielowy i Nomad Easy Rider

skarpetyChmiel – jakże ważny i charakterystyczny składnik naszego ulubionego napoju. Bez niego trudno byłoby wyobrazić sobie istnienie piwa takiego, jakim go znamy, szczególnie z mocniej goryczkowych gatunków jak IPA, Bitter, czy chociażby Pilsner, o amerykańskich wariacjach nawet nie wspominając. Niestety, poza dawaniem rozkoszy naszym podniebieniom i nozdrzom, chmiel lubi też płatać dość nieprzyjemne figle, szczególnie, gdy jest nieświeży, zleżały i zwietrzały. Ofiarą tychże figli stałem się wczoraj po dwakroć, i o tym Wam dzisiaj opowiem.

Pomysł na dzisiejszy tekst przyszedł zupełnie przypadkiem, dziwnym zbiegiem okoliczności. Otóż wczoraj po raz pierwszy w życiu trafiłem na piwo, ewidentnie pachnące kwasem izowalerianowym (kto śledzi facebook, ten pewnie wie). Wcześniej ten zapach w piwie znałem tylko ze szkolenia sensorycznego, a tu w ciągu zaledwie jednego dnia znalazłem go od razu w dwóch piwach! Tak niezwykłe przeżycie musiało znaleźć swoje ujście w tekście.

Kwas izowalerianowy, nie wgłębiając się w chemię, która nie jest moją mocną stroną, jest to związek o nieprzyjemnym zapachu potu, znoszonych skarpet, czy też starego sera. Od wczoraj kojarzy mi się także z gnojówką, oborą i starym capem (pokłosie wizyty w zoo). Kwas izowalerianowy w przyrodzie najczęściej występuje pod postacią rozłożonego przez bakterie potu, dlatego też nieodparcie kojarzy się z niemytymi stopami i starymi skarpetami. W piwie występuje stosunkowo rzadko, natomiast jeśli już się pojawi jest jednym z najbardziej dokuczliwych i nieprzyswajalnych aromatów. Tym bardziej, że z reguły wchodzi też na smak.

W piwie zapach kwasu izowalerianowego jest pochodną chmielu, dodajmy, starego chmielu. Wczorajsza sytuacja okazała się być tak ciekawą, gdyż jak mniemam, w dwóch pitych przeze mnie piwach chmiel zwietrzał na różnych etapach produkcji. O ile w pierwszym piwie chmiel „zepsuł” się już w butelce, przez zbyt długie przechowywanie, o tyle w drugim, według moich podejrzeń od samego początku użyto nieświeżego chmielu. Zacznijmy więc może od tego drugiego piwa, które wczoraj spożywałem, a właściwie próbowałem spożyć jako pierwsze.

Piwo: Amber Chmielowy
Browar: Amber
Ekstrakt: 11,3% wag.
Alkohol: 5,0% obj.
Skład: woda, słód jęczmienny, chmiel goryczkowy i aromatyczny, drożdże.
Piwo jasne pasteryzowane.

Amber Chmielowy

Kolor: Złocisty, całkiem ładny, klarowny, lecz nie perlisty.

Piana: Grubopęcherzykowa, wodnista, szybko redukująca się do cienkiego meszku.

Zapach: Słodowo-chmielowy, po przelaniu wychodzą nieprzyjemne nuty przypominające stare skarpety, czyli zapach chmielu, ale starego, zwietrzałego chmielu.

Smak: Słodowy, z kwaskowo-słonym, nieprzyjemnym odrzucającym posmakiem potu. Goryczka słaba, nieprzyjemna, cierpka.

Wysycenie: Dość wysokie, orzeźwiające. Piwo lekkie, ale cierpkie, mocno ściąga i zalega na finiszu.

Opakowanie: Bączek lub puszka, etykieta złota, metaliczna z zielonymi chmielowymi elementami. Brzydka. Jak przeczytałem hasło „poznaj smak regionalnego piwa” to ciśnienie mi podskoczyło. Jedynym plusem tego piwa jest dedykowany kapsel.

Podsumowanie: Bez cienia wątpliwości do produkcji tego piwa użyto nieświeżego chmielu. Piwo dopiero co pojawiło się w sklepach, więc inna opcja zestarzenia się nie wchodzi w grę. Moja teoria jest taka, że w magazynie browaru był nadmiar zalegającego niewykorzystanego chmielu, więc w celu jego „zutylizowania” postanowiono wypuścić serię „chmielową”. Podkreślam, iż są to jedynie moje domysły, więc proszę o wstrzymanie wysyłki z pozwem.

Mimo szczerych chęci, po dwóch łykach piwo poczęstowało kibel.

Ocena:  1 - Tylko dla Kamikaze

O ile po pierwszym piwie nie spodziewałem się niczego szczególnego (choć nie spodziewałem się też, że będzie aż tak źle), tak drugie piwo miało zmazać okrutny posmak pierwszego i wypełnić me usta radością. Sława latającego browaru Nomad, piwowara Honzy Koćki oraz smak jego piw, których miałem okazję próbować wcześniej sprawiły, że po wetknięciu nosa w szklankę moje zdziwienie przerosło nawet to, kiedy dowiedziałem się, że sexi Angelina pozbyła się swych cennych atrybutów. Tutaj jednak (najpewniej) kluczową rolę odegrałem ja, nie producent. Mianowicie, dość obficie chmielone piwo Easy Rider w stylu American Pale Ale, nabyłem w grudniu ubiegłego roku, po czym wrzuciłem do piwniczki i zapomniałem. Wyjąłem je dopiero wczoraj i mimo, że piwo miało jeszcze 20 dni przydatności (do 18.06.2013r.), było już wyraźnie zepsute.

Piwo: Easy Rider
Browar: Nomad
Ekstrakt: b/d
Alkohol: 4,8% obj.
Skład: woda, słody: pilzneński, monachijski, karmelowy, chmiele amerykańskie, drożdże górnej fermentacji.
Piwo niefiltrowane, niepasteryzowane.

Easy Rider

Kolor: Ciemnopomarańczowy, bardzo mętny, z licznymi farfoclami pływającymi w środku.

Piana: Torpeda. Gruba, czapowata, bardzo oblepia szkło, zbita i trwała. Puszysta. Inna sprawa, że piwo jest ewidentnie przegazowane.

Zapach: Amerykańskie chmiele, cytrusy, trochę karmelu plus coś bardzo niepokojącego przypominającego…gnojówkę, oborę, czy też kozi ser. Strasznie odrzuca i praktycznie uniemożliwia picie ze smakiem, a być może w ogóle. Stary chmiel.

Smak: Cytrusy, mocna kwaskowość, goryczka wyraźna, ale nie powala. Piwo smakuje jakby się już zaczynało psuć, choć data przydatności wskazuje zapas, a z moich obserwacji wynika, że piwo jest refermentowane w butelce. Zatem tak niemiłe kwaskowo-gnojowe posmaki biorą się pewnie od tego nieszczęsnego chmielu.

Odczucie w ustach: Piwo ewidentnie przegazowane, ucieka z butelki, nalewa się na kilka razy. Piwo mimo cytrusowego profilu jest przyciężkawe, szczypie w język, pompuje brzuch. Trochę przypomina piwo domowe (refermentacja).

Opakowanie: Etykieta całkiem fajna, choć bez szału. Taka zwyczajna. Komplet danych poza ekstraktem i konkretnymi chmielami. Kapsel goły.

Podsumowanie: Trudno mi oceniać piwo, kiedy wiem, że prawdopodobnie nie jest ono zepsute z winy piwowara. Część winy mogę wziąć na siebie, gdyż zbyt długo zwlekałem z jego degustacją. Z drugiej jednak strony, skoro jest jeszcze prawie miesiąc przed datą, to należałoby oczekiwać produktu pełnowartościowego, a przynajmniej poprawnego. Szkoda było mi wylać piwo za 12zł, więc wypiłem je do końca, aczkolwiek do przyjemności to nie należało. Na razie piwo ocenię tak, jak na to zasługuje. Jeśli będę miał kiedyś okazję próbować Easy Ridera po raz kolejny i okaże się, że jest poprawa, wtedy zrobię mały edit.

Ocena:  2 - Da się wypić, tylko po co?

Warto zapamiętać, iż aromat chmielu jest bardzo ulotny, dlatego też zaleca się aby wszystkie mocno chmielone aromatyczne piwa takie jak APA, IPA, AIPA, IIPA, spożywać w okresie 1-3 miesięcy od rozpoczęcia ich leżakowania niezależnie od daty ważności, pasteryzacji, refermentacji itp.! Wtedy chmiel jest najświeższy i piwo ma najpiękniejszy i najintensywniejszy aromat, a im jest później tym słabiej, aż do tak skrajnej sytuacji jak powyższa. Nie zniechęcam Was do próbowania Easy Ridera (świeżego), a tym bardziej innych wyrobów Nomada, gdyż głęboko wierzę, że to był tylko wypadek przy pracy.

Spotkaliście się kiedyś ze skarpetą w swoim piwie?

Bartosz Nowak View more

Jeśli spodobał Ci się mój tekst, podziel się nim ze znajomymi, poprzez jeden z kanałów powyżej.
Będzie to dla mnie świetna nagroda i motywacja do dalszej pracy.
Aby być na bieżąco z kolejnymi wpisami, daj mi suba! :)
Znajdziesz mnie m.in. na facebooku i twitterze:

10 comments

  1. To już kolejna opinia o Amberze chmielowym w podobnym tonie. Szkoda. Zapowiadało się ciekawie a wyszło jak zawsze.
    Co do Easy Rider -piłem i u mnie było wszystko ok. Z tym ze ja piwa niepasteryzowane niefiltrowane-i nierefermentowane-pijam dość szybko. Nie wiem czemu ale Nomad wydaje mi się nierefermentowany w butelkach-a terminy mają długie jak na piwo nierefermentowane.
    W związku z tym bym tego piwa na Twoim miejscu nie oceniał -wada świeżego piwa -jakim jest amber-to raczej wada samego piwa-a to co miałeś w Easy Rider-to może być efekt zepsucia- tyle ze jesli producent podaje termin przydatności-to w tym terminie powinno być pijalne-i wtedy Twoja ocena jest … Wysoka.

  2. Mam Ambera właśnie w szklance. Z puszki co prawda ale zawsze. Wącham i wącham w poszukiwaniu tego zapachu i za diabła nie czuje 🙁 nie wiem skąd to podejrzenie. Dla mnie dobre lekkie piwo idealne na lato. Jedyna jego wada (albo zaleta) to wyraźny chmiel. Mi pasuje ta gorycz ale moze dla innych stanowić wadę. Póki co wole mocno slodowe naturalne. Dla mnie IDEAŁ. Przyjdzie mi sie przyzwyczaić do goryczki. Piana raczej drobnoziarnista ale faktycznie szybko opada. Ciekawe czy Polakom zasmakuje. Bardzo przypomina czeskie piwa. Mocno chmielowy. Natomiast tytułowej skarpety zdecydowanie BRAK… 🙁

  3. W końcu dorwałem tego Ambera chmielowego. Był świeży -ale zapomniałem zapisać datę trwałości. W każdym badź razie długo. Nic złego-nic dobrego. Ani jakichś złych zapachów-ani rewelacyjnie dobrych. Mocniej chmielony niż zwykłe koncernówki ale nie jakoś zawrotnie. Raczej słodowy niż chmielowy. Wypiłem -bez uwag, bez zachwytów- ne czuje potrzeby powrotu. Może już pozbyli sie tego starego chmielu-ale nowego dali zdecydowanie za mało.

  4. trafiłeś na jakiegoś krzywego easy ridera, mój był jednym z lepszych piw jakie w życiu piłem. (nie wiem jaka to warka, piłem jakoś w kwietniu 2013)

  5. Od lat uprzedzony do krajowych browarów skusiłem się na Ambera; nie poraża wprawdzie kubków smakowych, ale robi pozytywne wrażenie. Daleko mu jeszcze do czeskich browarów (wg mnie górnej półki światowych piw), ale aromat zmierza w dobrym kierunku… Jako mieszkaniec Lubelszczyzny, otoczony lasami wysokich badyli, z których ekstrakt szyszek wykorzystano m.in. do produkcji Becks z Bremy, a w rodzimej lubelskiej Perle czy Goolmanie, ani chełmskim Jagielle nie zadbano o aromat i smak godny browarów sprzed 20 lat. Dopóki nie powróci się do starych technologii warzenia, czasu ich dojrzewania, odpowiednich proporcji i jakości komponentów, dopóty będziemy mieć do czynienia ze stęchlizną „zgniłej ścierki” czy wonią „niepranych skarpet”. Amberowi w pewnym stopniu udało się przywrócić odrobinę chmielowej goryczki, co moim zdaniem jest niezbędne w aromacie tego trunku, choć daleko mu jeszcze do wzorców gatunku klasyków, choćby Velkopovickiego Kozla, Gambrinusa, nie wspomniawszy o pilzneńskim Urquellu.

      • Może się nie różnią, smakują zaś zupełnie inaczej. Słowo ‚koncerniak’ kojarzy się z masową produkcją, która stanowi pewną powszechność produktu i nie zawsze jego dobrą jakość. Nie w przypadku Urquella. Podobno już nie można kupić jego tańszej, rozlewanej w Polsce wersji. Jeśli nie trzymamy pewnych norm licencyjnych, trzeba je zabrać. Temat jest mi dobrze znany, ale idąc dalej trzeba zdać sobie sprawę z tego, iż rządzą nami nowe technologie, nie tylko w browarnictwie, ale tam szczególnie, gdzie w szybkim procesie produkcji, bez zachowania klasycznych zasad warzenia, stosownej ingrediencji nie możemy mówić o jakości, wysublimowanym smaku. Tutaj dominuje żądza interesu, a nie podniebienie konsumenta. Z małymi browarami nie jest lepiej, poza nielicznymi wyjątkami. Może nie jestem fanatycznym birofilem, ale na czterech kontynentach nie powstrzymywałem się od degustacji, nie ilościowej, a gatunkowej, chociaż nowozelandzki Steinlager, nieco ziołowy, lekko lemonkowy, mało goryczkowaty w posmaku, nie pozostawia nazbyt przyjemnego wrażenia. Dla mnie ojczyzną piwa pozostają Czechy. Austriacy posiadają kilka niezłych browarów, Belgów cenię za ich nieprawdopodobną różnorodność, ale i tak zawsze z wielką chęcią wracam do Pilzna po Urquella.Przepraszam za te nieco przydługie opinie, ale gdyby Pan Bartek znał coś, co przypominałoby Urquella, proszę o sugestie… . Pozdrawiam

  6. Nie zgadzam się absolutnie z Twoją recenzją. Spróbuj jeszcze raz bo najwidoczniej miałeś pecha i trafiłeś na kiepską partię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *